Wycisnąć z życia jak najwięcej

Autor: ZBIGNIEW BOHDANOWICZ

Zbyszek Bohdanowicz

Fragment z Alicji w Krainie Czarów (L. Carroll). Alicja rozmawia z kotem Cheshire:

— Czy mógłbyś mi łaskawie powiedzieć, w którą stronę mam pójść stąd?

— Zależy to w dużym stopniu od tego, w którą stronę zechcesz pójść — powiedział Kot.

— Nie zależy mi na tym, w którą… — powiedziała Alicja.

— Więc nie ma znaczenia, w którą̨ stronę pójdziesz — powiedział Kot.

— … jeżeli tylko dojdę gdziekolwiek — dodała Alicja, chcąc wyjaśnić sprawę.

— Och, z pewnością dokonasz tego — powiedział Kot — jeżeli będziesz szła dostatecznie długo.

Z perspektywy dorosłego człowieka, widzę wyraźnie, że na to kim jestem teraz miało wpływ całe moje doświadczenie życiowe, od dość wczesnego dzieciństwa. Przyznaję rację powiedzeniu, że na swoje jutro pracuje się dziś, a dziś jest efektem tego, co było wczoraj.

Dobry uczeń, no prawie

Miałem opinię dobrego ucznia, nauka przychodziła mi na tyle łatwo, że nie musiałem poświęcać jej dużo uwagi. Sprawy szkolne załatwiałem szybko i starałem się, żeby nie zabierały mi zbyt dużo wolnego czasu. Jednak zawsze pamiętałem, że obowiązki trzeba wykonywać dobrze, bo wyniki w szkole były moją przepustką do wolności.

Pomimo dobrej opinii u nauczycieli i rodziców kolegów, daleko mi było do ideału grzeczności. Moi rodzice dużo pracowali i nie mieli czasu, żeby mnie pilnować. Poza tym, kiedyś dzieci miały znacznie więcej swobody niż dziś. Pamiętam, że prawie zawsze sam decydowałem, co będę robić, gdzie pójdę. Jedynym ograniczeniem była godzina powrotu do domu. Czasem konsekwencje tej wolności były bolesne, ale najczęściej nic złego się nie działo i dziś uważam, że ten czas był dobrą nauką samodzielności i odpowiedzialności.

Miałem satysfakcję z tego, że umiałem łączyć pozorne przeciwieństwa – z jednej strony dostawałem stopnie takie jak dobrzy uczniowie (najczęściej na świadectwie „czerwony pasek”), a z drugiej strony nie omijały mnie emocje związane zabawą z klasowymi „łobuzami” czy chłopięcymi bójkami.
Wydarzeniem z tamtego czasu, które do dziś pamiętają moi znajomi, była umówiona walka ze starszym chłopcem, który według mnie nie zachował się w porządku i należała mu się nauczka. Teraz pewnie inaczej już się rozwiązuje spory, ale wtedy jedynym rozsądnym wyjściem wydawało mi się wyzwanie go na pojedynek. O umówionej godzinie po lekcjach biliśmy się w otoczeniu licznej widowni. Nie było łatwo, chłopak rozbił mi nos, ale wygrałem. Nie pamiętam, o co dokładnie poszło, ale myślę że zasłużył. O tym kim był świadczy fakt, że kilka lat później został pierwszym nieletnim skazanym na 25 lat więzienia za wielokrotne morderstwa. W gazetach pisano o nim „wampir z ochoty”.

Rozbicie szufladki nr 1: umysł ścisły

Wracając do nauki – w szkole podstawowej i liceum bardzo dobrze radziłem sobie z przedmiotami ścisłymi i dlatego zacząłem wierzyć, że rzeczywiście mam umysł ścisły, czyli nadaję się do matematyki i fizyki, ale do polskiego czy muzyki mniej. Nabrałem przekonania, że przedmioty ścisłe są „lepsze” i to nimi należy się interesować.

Teraz widzę, jak bardzo naiwne i niedojrzałe były moje wyobrażenia. Z tego powodu trochę się pogubiłem wybierając kierunek studiów.

Byłem przekonany, że powinienem studiować na Politechnice Warszawskiej. Wybrałem kierunek Mechatronika, do którego nawet przekonałem kilka niezdecydowanych osób. Jako koło ratunkowe, żeby w razie niepowodzenia nie zostać na lodzie, złożyłem dokumenty też na Uniwersytet Warszawski, na jedyny rozsądny – moim zdaniem – kierunek: matematykę.

Pisanie egzaminów było pierwszym kontaktem z tymi uczelniami i konfrontacją moich wyobrażeń z rzeczywistością. Zupełnie nie spodobała mi się atmosfera na Politechnice, a ku memu zaskoczeniu bardzo dobrze się czułem na Uniwersytecie. Dostałem się w oba miejsca, ale wybrałem matematykę na UW.
W trakcie pierwszego roku studiów uświadomiłem sobie kolejną rzecz, teraz dla mnie zupełnie oczywistą. Zdziwiłem się, że poza matematyką nie uczymy się zupełnie niczego innego. Brakowało mi przedmiotów, które rozwinęłyby mnie w humanistycznym sensie. Czułem, że potrzebuję tej „miękkiej” wiedzy, żeby dojrzeć, żeby być mądrym, a nie tylko zdolnym.

Podjąłem decyzję o zmianie kierunku studiów na zupełnie inny – psychologię. Nie miałem wystarczającej wiedzy z biologii, chemii czy polskiego, żeby dostać się na psychologię na UW, ale bez problemu dostałem się do nowej, prywatnej uczelni – SWPS – na kierunek Psychologia Społeczna.

To był doskonały wybór. Zupełnie nieprawdziwe okazało się moje wyobrażenie, że nie nadaję się do dziedzin humanistycznych. Nie wiem, jak oceniana jest ta uczelnia teraz, ale według mnie w tamtym okresie SWPS dawała ogromne możliwości rozwoju, bo zatrudniała naprawdę wybitne osoby. Samo spotkanie z tymi ludźmi było rozwijające, niezależnie od wiedzy, którą mieli przekazać. Jako przykład wymienię tylko jedną osobę – Dorotę Zawadzką, teraz znaną z serialu „Superniania”. Jej zajęcia z psychologii rozwoju bardzo mi się przydają przy wychowywaniu syna.

Wycisnąć z życia jak najwięcej

Studia na psychologii były ciekawe, ale czułem, że po pierwsze są dość łatwe, więc miałem sporo wolnego czasu, a po drugie, że nie wykorzystuję swojego talentu do przedmiotów ścisłych.

Wtedy zrobiłem coś niestandardowego. Uznałem, że dam radę studiować na jeszcze jednym kierunku studiów i postanowiłem aplikować na obleganą ekonomię na UW. Dostałem się z bardzo dobrym wynikiem i od tej pory studiowałem jednocześnie na dwóch dziennych kierunkach. Wymagało to dużo pracy, organizacji, ustalania priorytetów, ale udało się i skończyłem obie uczelnie w terminie. Moją nagrodą była satysfakcja, że przeżywam dwa studenckie życia jednocześnie. To było trochę jak „oszukanie Matrix’a”.

Psychologię skończyłem rok wcześniej niż ekonomię. Zatem korzystając z tego, że miałem tylko jedne studia, wreszcie mogłem pojechać na stypendium. Na ostatnim roku ekonomii wyjechałem z programu Erasmus do Poczdamu pod Berlinem. Ekonomii dużo się tam nie nauczyłem, ale wróciłem bogatszy o znajomość niemieckiego, zamiłowanie do sztuki (te muzea w Berlinie) i dojrzalszy.

Warto postarać się trochę bardziej

Krótko po powrocie napisałem pracę dyplomową na ekonomii. Nie chciałem tego robić tylko tak, żeby zaliczyć, zależało mi na czymś więcej. Przeprowadziłem badanie naukowe w nowej, rozwijającej się wtedy dziedzinie – ekonomii eksperymentalnej. W moim badaniu uczestnicy dzielili między siebie pieniądze. Nie miałem dofinansowania, więc pieniądze pochodziły z mojej kieszeni.

Okazało się, że to była dobra inwestycja. Po napisaniu pracy mój promotor zaproponował, żebyśmy zgłosili ją do konkursu organizowanego przez Business Centre Club, na najlepsze badanie studenckie z ekonomii eksperymentalnej. Moja praca wygrała, a poza dyplomem otrzymałem też nagrodę pieniężną, znacznie przekraczającą moją inwestycję w wypłaty dla uczestników eksperymentu.

To był koniec studiowania, które trwało trochę ponad 7 lat. Doświadczenie z tego okresu utrwaliło we mnie przekonanie, że warto żyć intensywnie i po swojemu. Że warto postarać się i dać z siebie więcej, bo to często zaprocentuje, chociaż w trudny do przewidzenia sposób.

Został mi apetyt na intensywne doświadczanie życia, na chłonięcie całej różnorodności, którą oferuje. Zrozumiałem, że nie należy wpadać w szufladki i ciasne kategorie. Nabrałem apetytu na ciekawe i rozwijające życie, toczące się niekoniecznie według standardowych ścieżek.

Po skończeniu psychologii i ekonomii nie miałem wcale dość nauki, a ciekawość świata wręcz wzrosła. Odkrywanie czegoś nowego wzbudzało we mnie uzależniające emocje.

Rozbicie szufladki nr 2: słaby niezdara

Zanim opowiem o meritum, czyli o karierze zawodowej, chcę wspomnieć o roli sportu w moim życiu. Do czasu studiów zupełnie nie interesowałem się sportem, nie lubiłem biegać, kopać, ścigać się. Teraz myślę, że mogło to wynikać z domu – moi wykształceni rodzice nie interesowali się jakąkolwiek aktywnością fizyczną.
Przez brak ruchu moja kondycja była coraz słabsza i na koniec liceum byłem w kategorii tych wybieranych na końcu do drużyn na WF – słaby, niezdarny i lekko otyły. Nie jest to przyjemny stan dla nastolatka, ale cóż – uznałem, że taki już jestem, w przyszłości też będę i że sprawność fizyczna nie jest dla mnie. I znów okazało się, że się myliłem, podobnie jak w przypadku przekonania, że nie bardzo nadaję się to przedmiotów humanistycznych.

Na pierwszym roku studiów trzeba było zaliczyć WF, czyli zapisać się na jakiś konkretny sport. Kolega z roku namówił mnie na judo, no i się zaczęło. Na początku po prostu podobało mi się, że można się siłować, walczyć. Przypomniało mi się, że lubiłem to, gdy byłem dzieckiem. Potem zacząłem ćwiczyć częściej, a po roku zacząłem trenować na poważnie i zupełnie zmieniłem się fizycznie.

Piszę o tym, bo ta historia jest dla mnie istotna z dwóch powodów. Znów przekonałem się, że zaszufladkowanie się było niesłuszne. To ja zbudowałem przekonanie, że należę do kategorii „słaby niezdara” i gdyby nie impuls w postaci judo, mogłoby tak niestety pozostać.

Po drugie – treningi fizyczne bardzo wzmocniły mój charakter. Poprawa kondycji fizycznej poprawiła moją pewność siebie. Treningi pokazały, że ciężka praca przynosi efekty, nauczyły mnie cierpliwości, pokory, odporności na porażki. Zrozumiałem też, jak ważna jest kondycja fizyczna dla mojego poczucia satysfakcji z życia.

Przygoda z judo trwała prawie 10 lat i żałuję że się skończyła. Jednak zamiłowanie do aktywności fizycznej mi zostało i staram się kilka razy w tygodniu robić coś związanego ze sportem. Na pewno łatwiej znajdę czas na wspólne bieganie niż na piwo :).

Jeśli jesteś dobry w tym, co robisz, praca sama Ciebie znajdzie

Zacząłem pracować już na studiach. Pomagałem mojej koleżance poradzić sobie na zajęciach ze statystyki, z którą prawie wszyscy psychologowie mają problem. Jej narzeczonym był profesor z naszej uczelni, który zakładał firmę prowadzącą badania rynkowe i potrzebował kogoś do analizy danych. W ten sposób zaczęliśmy współpracę. Przez dwa lata były to pojedyncze projekty, a po moim powrocie ze stypendium w Niemczech, rozpocząłem pracę na pełen etat w małej, nowo założonej firmie, gdzie szybko zostałem dyrektorem ds. badań.

Praca była intensywna, ale bardzo ciekawa, szczególnie dla tak młodego człowieka. Istotne było dla mnie to, że od samego początku mogłem się zajmować poważnymi projektami badawczymi, dla dużych firm i prezentować ich wyniki osobom decyzyjnym.

Pracowaliśmy dla banków, telekomów, dużych agencji reklamowych. Staraliśmy się wykorzystać wiedzę z psychologii poznawczej tak, aby opracować lepsze metody badania reklam niż te, które były oferowane na rynku. To był ciekawy i rozwijający czas, ale doszedłem do momentu, w którym środowisko tej małej firmy było dla mnie ograniczające. Mój szef był osobą wyrazistą i charyzmatyczną, ale też kontrowersyjną. Chciałem się od niego uniezależnić i zobaczyć jak się pracuje bez jego „parasola”, w dużej, „normalnej” firmie badawczej.

Wysłałem CV do interesujących mnie firm i po kilku rozmowach zdecydowałem się na rozpoczęcie pracy w największej agencji badań rynkowych w Polsce. Ta praca była ważnym rozwinięciem mojej wiedzy o badaniach marketingowych. Pracowałem dla klientów reprezentujących większość branż obecnych na rynku, dzięki czemu poznałem trochę specyfiki ich pracy oraz zdobyłem doświadczenie w realizowaniu bardzo różnych projektów badawczych. Ten etap trwałby dłużej, ale został przerwany przez headhuntera, który zadzwonił z propozycją nowej, ciekawej pracy.

Kariera, już na poważnie

Zaproponowano mi aplikowanie na stanowisko osoby kierującej badaniami marketingowymi w dużej firmie, która właśnie rozwijała działalność w Polsce. Była to ciekawa propozycja, pozwalająca wejść na zupełnie inny poziom odpowiedzialności i rozwoju zawodowego.

W dotychczasowej pracy realizowałem projekty ad-hoc dla różnych klientów, więc w każdym projekcie zajmowałem się innym tematem. Zaletą takiej pracy jest różnorodność, ale nie ma możliwości rozwinięcia czegoś trwałego.

Nowa praca wymagała stworzenia od podstaw działu badań. Była to szansa na zbudowanie według własnego planu istotnej komórki w firmie. Trzeba było ustalić metody pracy i zarządzać zespołem. Proces rekrutacyjny był dłuższy i trudniejszy niż się spodziewałem, ale udało mi się tę pracę dostać.

Test sprawności

Pierwsze lata w tej firmie były jak intensywny kurs biznesu, marketingu i zarządzania. Moja potrzeba doświadczania, rozwijania wiedzy i wyzwań była w pełni zaspokojona. Było to też przejście do kolejnego etapu dojrzałości w analizie danych marketingowych. Moim zadaniem było wyciąganie wniosków na podstawie wielu źródeł informacji i doradzanie zarządowi firmy w strategicznych decyzjach. Dziś mogę się pochwalić, że dział badań, którym kierowałem był wysoko oceniany, a wiele rozwiązań, które wypracowaliśmy zostało przyjętych w oddziałach w innych krajach.

Nowym ważnym doświadczeniem było zarządzanie zespołem. Starałem się, aby podstawą mojego podejścia do podwładnych był szacunek i troska o rozwój ich kompetencji.

Z perspektywy czasu uważam, że stworzenie dobrego zespołu było moim największym, do tej pory, sukcesem zawodowym. Nie udałoby mi się realizować trudnych zadań bez odpowiednio dobranych ludzi, zmotywowanych i zadowolonych ze swojej pracy. Cieszę się, że osoby, które przyjąłem do działu badań awansowały na nowe stanowiska i są bardzo cenionymi pracownikami.

Po pięciu latach zarządzania działem badań, osiągnął on pewną dojrzałość, a ja miałem ochotę na spróbowanie czegoś nowego.

Decyzja: biorę kartę „szansa”

Okazją, z której skorzystałem, była propozycja wyjazdu na roczny kontrakt do Malezji, w ramach tej samej firmy. W Malezji pomagałem kierować tamtejszym działem badań rynkowych oraz zdobywałem doświadczenie w zarządzaniu markami.

Ten wyjazd był oczywiście bardzo cenny zawodowo, ale dla mnie jeszcze ważniejsze było wszystko, czego doświadczyłem poza pracą. Żyjąc w takim kraju, dość odległym kulturowo od Polski, trzeba nauczyć się od nowa wszystkich codziennych czynności. Inaczej się robi zakupy, inaczej chodzi do fryzjera, inaczej zakłada konto w banku itd. Nie każdy lubi takie zmiany, ale mi to się podobało. Rzeczy, które w Polsce robiłem rutynowo, w Malezji stawały się zaskakującym, emocjonującym doświadczeniem.
Intensywność doświadczeń w Malezji była tak duża, że z perspektywy czasu wydaje się, jakbym tam był znacznie dłużej niż rok. Dobrze wspominam tę intensywność życia, to że prawie każdy dzień był inny i pełen nowych doświadczeń.

Skok z rozpędzonego pociągu

Po powrocie do kraju okazało się, że marka którą zajmowałem się w Malezji, będzie wprowadzana do Polski – zatem w naturalny sposób przypadła mi rola kierownika tego projektu. Od tej chwili na dobre zmieniłem zakres odpowiedzialności z badań na zarządzanie markami.
W nowej roli wartościowe dla mnie było przejście od roli doradcy do decydenta. Teraz mogłem wprowadzać w życie własne rekomendacje i sprawdzać ich skuteczność. Ten etap pracy też był intensywny i ciekawy, ale przerwałem go. Postanowiłem, że potrzebuję dłuższej przerwy od pracy w korporacji, a dlaczego – napiszę poniżej.

Powrót na uczelnię

Po powrocie do Polski z Malezji spotkałem się z promotorem mojej pracy magisterskiej z ekonomii i po dłuższej rozmowie postanowiłem jeszcze raz spróbować uzyskać tytuł doktora.

Było to drugie podejście – pierwsze studia doktoranckie przerwałem, bo nie dałem rady pogodzić intensywnej pracy zawodowej z przygotowywaniem doktoratu. Wtedy wydawało mi się, że odkładam ten temat na krótko, ale czas szybko mija i zorientowałem się, że jeśli poczekam jeszcze kilka lat, to będzie już za późno na ten pomysł.
Na stopniu doktora zależy mi bo, umożliwia on pracę w zupełnie innym obszarze niż działalność komercyjna. Działalność naukowa przyciąga mnie, bo jest trochę podobna do badań marketingowych – w obu przypadkach poszukuje się wiedzy.

Rok później dostałem się na studia doktoranckie na Wydziale Ekonomii UW, które realizowałem przez trzy lata równolegle z pracą w korporacji. Było to dość duże wyzwanie, szczególnie że urodził nam się syn, więc do wszystkich obowiązków doszło wychowywanie dziecka.

Test odwagi

Czas na poważną decyzję przyszedł, gdy okazało się, że mój wniosek o grant na badanie do pracy doktorskiej został rozpatrzony pozytywnie. Do tej pory udawało mi się godzić studia z pracą, ale wiedziałem, że nadchodzący okres będzie znacznie bardziej wymagający i nie dam rady dłużej łączyć doktoratu i pracy. Musiałem wybrać. Wcześniej, krótko po studiach zrezygnowałem już raz z doktoratu na rzecz pracy zawodowej. Teraz moja sytuacja finansowa jest stabilniejsza, więc łatwiej mi było zdecydować inaczej.

Wiadomość, że rezygnuję z pracy dla osób z firmy była zaskoczeniem, ale po przedstawieniu powodów, została przyjęta ze zrozumieniem, za co jestem wdzięczny mojemu pracodawcy. W ciągu kilku miesięcy dokończyłem swoje projekty i rozstaliśmy się w bardzo dobrej atmosferze, z deklaracją, że nie żegnamy się na zawsze.

Teraz, po roku, widzę, że ta trudna decyzja była słuszna. Gdybym się nie odważył, skreśliłbym szanse na rozwój naukowy i miałbym żal do siebie, że nie poszedłem za głosem serca w tym ważnym momencie.
To było rok temu, jeszcze przez co najmniej kolejny rok będę zajmować się przede wszystkim realizacją grantu badawczego i uzyskaniem tytułu, a co będzie później – zobaczę.

Zasady, którymi się kieruję

– Dbam o odwagę, aby iść swoją drogą, bo to ja jestem odpowiedzialny za satysfakcję ze swojego życia. Model życia dobry dla innych nie musi być dobry dla mnie.

– Jest czas na zabawę i czas na pracę. Staram się nie przesadzać w żadną stronę. Czasem wiem, że trzeba się spiąć i dać z siebie wszystko, ale też pilnuję, żeby mieć czas, aby odpocząć i zadbać o siebie.

– Najważniejsze rzeczy w życiu są za darmo: miłość, rodzina, przyjaciele, zdrowie, przyroda, … Wiele ważnych rzeczy kosztuje bardzo mało: wiedza, kultura, sport, .…  Staram się o tym pamiętać.

– W pozornym chaosie codzienności staram się pilnować kursu, którym podążam. Na krótko mogę z tego kursu zboczyć, ale staram się pamiętać dokąd chcę dotrzeć i w dłuższym terminie trzymać ten kierunek.

– Zdrowie i sprawność fizyczna są podstawą dobrego, satysfakcjonującego życia. Dbanie o to, jest jak higiena zębów – to coś, co jest na stałe wpisane w moje życie.

– Staram się w ważnych rzeczach zrobić więcej niż jest konieczne. Leń, który siedzi w każdym z nas  pyta „po co?”, ale okazuje się, że dzięki wybiciu się ponad przeciętność wysiłek łatwiej może zostać dostrzeżony i doceniony.

– Wolę być w życiu słabym aktorem niż dobrym widzem.

– Czas jest najcenniejszym zasobem jaki mam. Staram się go nie marnować.

– Dbam o przyrodę i naprawdę przejmuję się rosnącą skalą zniszczeń, które są efektem działalności człowieka. Sytuacji na świecie nie zmienię, ale staram się, aby moje zachowanie było zgodne z moim sumieniem.

PYTANIA I ODPOWIEDZI

– Czy zdarza Ci się zafascynować czymś zupełnie niezwiązanym z tym, co robiłeś do tej pory czy raczej koncentrujesz się na rozwoju w dziedzinach, które już znasz?

Z.B. – Moja praca zawodowa ewoluuje, jednak zawsze nowe zajęcia są przynajmniej częściowo związane z dotychczasowym doświadczeniem i wiedzą. Badania marketingowe były pomostem do zarządzania markami oraz łączą się z badaniami naukowymi. Te obszary są różne, ale wykorzystuję w nich podobne umiejętności, a doświadczenie z jednej dziedziny pomaga mi w drugiej.

W czasie wolnym zmieniam zajęcia swobodniej, próbuję nowych rzeczy, lubię się czegoś uczyć i próbować nowych dyscyplin sportowych. W tym, co robię dla przyjemności nie nastawiam się na osiąganie bardzo dobrych wyników, bycie na poziomie średnio-zaawansowanego amatora zupełnie mi wystarcza.
Gdy już pracowałem, przez około pięć lat dość intensywnie jeździłem na motocyklach enduro. W każdy weekend trenowałem, wystartowałem w kilku amatorskich zawodach i dwóch dłuższych rajdach w Maroku i Albanii. Wyjazd do Malezji i następnie pojawienie się dziecka spowodowało, że nie było już czasu na ten sport, ale wtedy zacząłem więcej biegać, a ostatnio ćwiczę też pływanie.

Zatem wracając do pytania – myślę, że odpowiedź jest pośrodku. Zajmuję się nowymi rzeczami, ale łączę je z tym, co już wcześniej robiłem.

– Dlaczego zrezygnowałeś z judo?

Z.B. – Po studiach zacząłem intensywnie pracować i z powodu różnych pilnych, awaryjnych sytuacji coraz częściej nie dawałem rady pojawiać się na treningach. Moja forma się obniżała, satysfakcja z treningów też była coraz niższa i w końcu zrezygnowałem z tego całkowicie.
Z jednej strony można to potraktować jako mój błąd, bo nie dopilnowałem wtedy priorytetów. Z drugiej strony dzięki temu, że zająłem się poważnie pracą, wykorzystałem szansę na dobry rozwój zawodowy, zgodny z moimi ambicjami i zainteresowaniami. W teorii można wszystko pogodzić, ale w praktyce niestety czasem trzeba coś wybrać. Szkoda, że zrezygnowałem z treningów, ale drugi raz postąpiłbym tak samo.
Do dziś staram się znajdować czas na sport, ale wybieram już spokojniejsze zajęcia. 🙂

– Czy rozważasz/łeś założenie własnej działalności gospodarczej?

Z.B. – Mój tata prawie całe życie zawodowe prowadził własną firmę. Taki przykład w rodzinie podsuwa myśl o założeniu czegoś swojego i oczywiście miałem takie pomysły. Jednak możliwości pracy, które miałem, były na tyle ciekawe, rozwijające i satysfakcjonujące finansowo, że na założenie firmy się nie zdecydowałem.

Nie wiem, na ile moje przekonania były słuszne, ale uważałem, że we własnej firmie trudno byłoby mi zajmować się tak ciekawymi projektami jak w pracy w korporacji. Duża firma dzięki wysokiej specjalizacji stanowisk pozwala skupić się na meritum pracy, daje możliwość działania na dużą skalę, dysponuje dużym budżetem. Przyjemnie jest móc realizować swoje pomysły i widzieć efekty swoich działań.
Przykładowo – przygotowałem koncepcję nowego wariantu dla ogólnopolskiej marki FMCG, który z sukcesem wprowadziliśmy na rynek. To było ciekawe i satysfakcjonujące z kilku powodów. Po pierwsze udało się przekonać kierownictwo firmy w Polsce i w centrali do tego pomysłu – a to naprawdę nie zdarza się często. Następnie stworzyliśmy ten produkt i z sukcesem wprowadziliśmy go na rynek – a to jest jeszcze trudniejsze. Dla osoby niepracującej w marketingu może się wydawać, że to jest codzienność w tej pracy, ale w praktyce jest tak, że zdecydowana większość inicjatyw pochodzi z centrali, a z nowo wprowadzanych produktów tylko niewielka część utrzymuje się na rynku.

– Czy patrząc z perspektywy czasu, zrobiłbyś w swoim życiu coś inaczej? Dlaczego?

Z.B. – Jeśli chodzi o pracę zawodową, to raczej nie. Oczywiście teraz widzę, co można było zrobić lepiej, ale tamte błędy były koniecznym elementem uczenia się. Np. trochę czasu zajęło mi zrozumienie, że ludzie naprawdę w zależności od swojego charakteru oczekują czegoś innego. Dlatego teraz, zanim zacznę coś przygotowywać, dłuższą chwilę zastanawiam się nad oczekiwaniami odbiorcy. Przynosi to korzyść obu stronom. Jest między nami lepsza komunikacja, a ja oszczędzam czas.

Natomiast w życiu prywatnym szybciej zakończyłbym kilkuletni związek z czasów studenckich, który na koniec okazał się pomyłką. Przez brak doświadczenia ignorowałem sygnały, że to jest ślepa uliczka i starałem się zmieniać coś, co trudno jest poprawić.

– Czy popełniłeś w swojej karierze jakiś duży błąd lub odniosłeś porażkę? Jeśli tak, to co to było i czego Cię to nauczyło?

Z.B. – Zakładam, że to pytanie odnosi się do decyzji związanej z kierunkiem rozwoju mojej kariery zawodowej, a nie dotyczy błędów czy wpadek w trakcie pracy nad konkretnymi projektami. Te się oczywiście zdarzały, ale trudno jest wszystko robić doskonale w ograniczonym czasie.

Opisałem już swoje błądzenie związane z wyborem studiów. Podobnie, chociaż znacznie krócej, szukałem swojego zawodu. Zanim zdecydowałem się na pracę w badaniach marketingowych, próbowałem zatrudnić się w sektorze finansowym. Przeszedłem dość złożony proces rekrutacyjny (assessment center, kilka spotkań), aby dostać się na praktyki do dużego banku. Jednak atmosfera tego miejsca okazała się tak niedopasowana do moich oczekiwań i preferencji, że po kilku dniach zrezygnowałem i już wiedziałem, że to nie jest miejsce pracy dla mnie.

W późniejszej karierze nie przypominam sobie strategicznych błędów, czy decyzji których teraz żałuję. Myślę, że to, czy coś jest błędem zależy od punktu widzenia, od celów, które chcemy osiągnąć. Nie skorzystałem z kilku szans, które mogły mi pomóc zajść „wyżej” w hierarchii korporacyjnej, co ktoś mógłby ocenić jako błąd. Ja jednak uważam, że czasem warto spowolnić rozwój zawodowy, aby zadbać też o inne rzeczy.

Zobacz inne teksty z serii “Kariera po swojemu” >>TUTAJ<<